
Życie Sylwii Peretti zatrzymało się w chwili śmiertelnego wypadku samochodowego jej jedynego syna. Była gwiazda „Królowych życia” po trzech latach wycofania się z show-biznesu porozmawiała o osobistych doświadczeniach z Wiktorem Słojkowskim w podcaście Kozaczek.pl. Tak do końca życia zapamięta moment tragedii. Trudno wyjaśnić, co wydarzyło się u celebrytki w dniu dramatu.
Sylwia Peretti w „Królowych życia”
Sylwia Peretti zyskała rozpoznawalność jako jedna z bohaterek programu „Królowe życia”. Przed kamerami pokazywała swoje luksusowe życie pełne markowych ubrań, zagranicznych podróży oraz drobnych przyjemności. Widzowie pokochali ją za ognisty charakter oraz autentyczność. Choć z biegiem czasu sama zrezygnowała z udziału w programie, nadal może liczyć na rzeszę obserwatorów w mediach społecznościowych.
Tam odkrywała przed internautami więcej prywatności. Jedną z charakterystycznych cech było jej zamiłowanie do szybkich samochodów i miłości do rodziny. Widzowie poznali także jej syna, Patryka. Chłopak często spędzał czas z matką, a także angażował się w jej działalność charytatywną pod postacią świątecznych paczek peretki.
W życiu celebrytki nic nie zapowiadało dramatu, do którego doszło z udziałem jej syna. Patryk zmarł w wypadku samochodowym wraz z pozostałymi pasażerami. Sylwia Peretti zupełnie wycofała się z życia publicznego po tragedii, która przewartościowała całe jej życie. Dopiero po trzech latach była w stanie wrócić pamięcią do koszmaru. Wiele szczegółów do dziś nie da się logicznie wyjaśnić.
Życie Sylwii Peretti legło w gruzach po śmierci syna
W nocy z 14 na 15 lipca 2023 roku życie Sylwii Peretti legło w gruzach. To wówczas doszło do wypadku, w którym straciła swojego jedynego syna, Patryka. Po tej tragedii w mediach społecznościowych zamieszczała wpisy poświęcone jedynakowi lub skierowane wprost do niego. Była przepełniona żalem, żałobą oraz poczuciem niesprawiedliwości. Mijały dni, miesiące, a później przyszły rocznice wypadku, jednak gwiazda cały czas odczuwała ten sam ból po stracie dziecka.
Wiesz co, może nie jestem symbolem matki cierpiącej, ja po prostu jestem matką cierpiącą – przyznała nam.
Sylwia Peretti wielokrotnie pokazywała internautom „znaki” od syna, a także opowiadała, że wciąż wyczuwa jego obecność.
Ja uważam, że jesteśmy energią. Nie chcę tutaj mówić jak wróżka, czarodziejka, czy jak jakaś jasnowidzka, bo daleko mi do tego, ale od zawsze wiedziałam, że jest coś obok. Moja babcia jak odeszła, obudziłam się, wiedziałam w którym momencie odeszła. Wiem, że Patryk był przez kilka dni bardzo intensywnie przy mnie. Później już troszkę mniej, ale nadal jest. Nie jestem w stanie wytłumaczyć jak go czuję i bardzo nie chciałabym, żeby inni musieli się przekonywać o tym jak to jest.
W dniu wypadku również wydarzyło się coś, co trudno wyjaśnić bez odrobiny wiary. Sylwia Peretti spojrzała na zegarek i zamarła.
Zobacz więcej: TYLKO U NAS: Tej jednej rzeczy Peretti nie zdołała zrobić po śmierci syna. Zemdlała po tym, co usłyszała od męża
To Sylwia Peretti zobaczyła w chwili wypadku syna
Dzień wypadku rozpoczął się dla celebrytki bez większych niespodzianek. Było lato, słoneczna pogoda zachęcała do spotkań w gronie przyjaciół. Sylwia Peretti zorganizowała w ogrodzie grilla dla znajomych z Warszawy. W pewnym momencie zjawił się też Patryk, który zamienił z nią kilka zdań. Potem wyszedł do swoich spraw. Gwiazda również skupiła się na gościach, których postanowiła oprowadzić po Krakowie.
Do domu wróciła w środku nocy, a jedna rzecz od razu przykuła jej uwagę. Wtedy jeszcze nie wiedziała, jak symboliczne stanie się to, co zobaczy na zegarku.
To jest tak niewiarygodne. Przyjechali do mnie znajomi z Warszawy. Zrobiliśmy u mnie w ogrodzie grilla, dzień jak co dzień w okresie letnim. Przyjechał też Patryk z dziewczyną. Zrobiliśmy grilla, po czym młodzi pojechali do siebie, a my poszliśmy na rynek. Chciałam im pokazać rynek w Krakowie nocą. Wróciliśmy do domu około pierwszej. Poszliśmy jeszcze na taras. Ja mówię: „ale szybko wróciliśmy do domu, która godzina? Rany boskie, trzecia?”. Dopiero była przecież północ. A oni: ”Jaka trzecia? No przecież jest pierwsza.” Ja im pokazuję swój zegarek 3:12. Mam do dziś zdjęcie tego zegarka z godziną wypadku – wspominała.
To właśnie wtedy odszedł jej syn, co stanowi dla celebrytki bardzo symboliczny znak. Ona sama określa tę godzinę jako wyznacznik własnej „śmierci”.